W artykule jeszcze nie wszystkie fotki dodałem, więc jeśli czytasz to teraz, to zajrzyj jeszcze za parę dni.
Choć obiecywałem sobie i Wam, że będę często pisał – raz w tygodniu, to jednak ostatnio zaniedbałem mój ukochany blog. Przyczyna jak zwykle ta sama – brak czasu, dalczego teraz mam czas? Też go nie mam. Piszę śmigając autobusem relacji Kołobrzeg-Warszawa, wsiadłem w Pile, wysiądę (mam nadzieję) w Warszawie, ale to nie koniec tej podróży, bo od razu z Warszawy jedziemy z Michałem Górskim (doktor aktorstwa) do Rybnika, czyli na samo południe Polski. Tam kręcimy film dla pewnej znanej firmy napojowej.
Ale zacznijmy od miejsca gdzie przestałem pisać – było to po I Komunii Świętej Mileny. Kilka dni później było zakończenie roku szkolnego, jednocześnie Elwira rozpoczęła gorączkowe przygotowania do wyjazdu do Rosji.
W tym roku trasa jej podróży wiodła przez Petersburg, w którym byli niecałe 10 dni. Nasze dzieci są już w miarę świadome, gdzie się znajdują i co widzą, więc jest szansa, że coś z tego zapamiętają. Zwiedzili miasto, a także Petergof ze złotymi fontannami, płynęli wodolotem, jeździli w białe noce rowerami. Cały czas gościł ich Denis (Elwiry kuzyn), dla którego WIELKIE PODZIĘKOWANIA z tego miejsca. Wrzucam też zdjęcia, które Elwira mi co kilka dni przesyłała. Na wyspie Kamiennyj Ostrov zbudowano niesamowity park z atrakcjami głównie dla dzieci, ja tego nie widziałem, bo to nowość i jak byłem kilka lat temu, to tego nie było, ale patrząc na zdjęcia, jest ciekawie.
Batmobil, mistrz Yoda, smoki, postacie z bajek, przejażdżki konne, autkami, dużo różnych atrakcji o szczegóły pytajcie Elwirę lub wybierzcie się sami. Dzieciom bardzo spodobało się muzeum, w którym wypchane są zwykłe i niezwykłe zwierzęta, których nie uświadczysz w zoo, a w naturze to tylko fachowi animaliści mieli okazję podejść. To miasto jest światowym MUST BE dla globetrotterów.


Ja, jak zwykle, bez urlopu. Elwira przed wyjazdem (nie wiedziała jeszcze czy pojedzie albo ściemniała) podpisała umowę wydzierżawienia terenu na Płotkach jak w zeszłym roku. Na szczęście wzięła ludzi na umowę-zlecenie, ale to na mnie spadło rozkładać, składać, dbać o jej biznes. Telewizja Asta też nie planowała przerwy w programach, więcmiałem trochę więcej pracy. Były też plany rozwinięcia produkcji dla innej telewizji. Pewne rozmowy nadal są prowadzone, więc nie będę wdawał się w szczegóły, choć poszło dobrze, to produkcja nie ruszyła i nadal nie wiadomo.

Samoloty. Jacek (tak chodzi o mistrza mechaniki pojazdowej) ma świetne układy na lotnisku w Krępsku i pozwolono nam nakręcić materiał o Dromaderze. Okazuje się, że Polacy produkowali fantastyczny samolot, który w dużej części wyeksportowano do wszystkich Ameryk, ale u nas też sporo jeszcze lata. Byliśmy kilka razy na lotnisku, kręciliśmy loty, opryski z samolotu, gaszenie pożaru, pilotów, samą bazę, ujęcia z ziemi, z powietrza – rewelacyjne kadry. Aż któregoś lotu z samolotu urwała się Jacka kamera GoPro, którą traktowaliśmy jako wszędzie przyklejkę. Spadła w lesie, pilot dość precyzyjnie określił miejsce. Przeznaczyłem dwa dni na poszukiwania, ale bez rezultatów – zniknęła. Kilkanaście dni później mieliśmy za to pozytywną niespodzankę – w Krępsku wylądowali Niemcy, którzy przylecieli replikami samolotów z czasów I Wojny Światowej. Były to ultralekkie, dwupłatowe konstrukcje z silnikami od samochodów osobowych, głównie Nissana Micry. Ja i Jacek szybko tam dojechaliśmy, nagraliśmy wywiad z Niemcami, a oni zaproponowali nam lot. Na “pierwszy ogień” poleciał Jacek, wydawał się przerażony, ale wylądował zadowolony. Następnie mnie upchano do tego delikatnego ptaszka, jak się oparłem to coś jak by pękło, właściciel z przerażeniem mówi “Nich gut”. Start był rewelacyjny, ale jak się wznieśliśmy pojąłem co to znaczy ultralekka konstrukcja. Każda powietrzna mikrodziurka miotała samolotem na wszystkie strony, ale urok lotu aeroplanem z otwartą kabiną daje niesamowitą frajdę. Jak będziecie mieli kiedyś okazję konieczcie spróbójcie. Wszystkie te przygody możecie (albo i nie) obejrzeć w programie MotoWizja na antenie Tv Asta lub w internecie.
Elwira i dzieci z przepięknego i słonecznego (tak im sie trafiło, choć częściej można trafić na deszcz) Sankt Petersburga pojechali do Kamyszyna, gdzie mieszają jej rodzice.
Nie będę się tu już o tym rozpisywał, bo od Kamyszyna zaczął się mój blog, w skrócie – upał, stepy, Wołga, arbuzy, działka, plaża, kąpiele. Trasa wiodła przez Wołgograd, w którym przy okazji zwiedzili Mamajew Kurgan – kompleks cmentarno-pamiątkowy upamiętniający oblężenie i bitwę o Stalingrad. Cały czas słychać tam odgłosy walk, patetyczną muzykę, na ścianie wypisane są wszystkie (na ile było możliwe znać wszystkie) imiona i nazwiska poległych obrońców miasta. Zwieńczeniem kompleksu jest statua “Mać rodina”, czyli “Matka Narodu” – tak jak Amerykanie mają “Statuę Wolności” i pochodnią, to rosjanie zbudowali “Matkę Narodu” z mieczem i dzięki temu mieczowi jest większą statuą, poza tym stoi na wzniesieniu i widoczna jest z każdego miejsca w mieście.
Ja w tym czasie kręciłem kolejne odcinki MotoWizji i Tylko Dla Kobiet, reklamy i inne, martwiłem się o pogodę, bo w tym roku na Płotkach nie dało się zarobić. Nakręciłem za to kilka wesel, mogłem się wykazać bo 2 klientów zamówiło filmy długości około 1 godziny. Mój montaż bardzo się spodobał i mam taką dodatkową satysfakcję.
W końcu 13 sierpnia moja rodzinka wróciła z Rosji, 3 dni później Milenka pojechała na obóz sportowy do Zielonej Góry – codziennie 2 razy po 2 godziny akrobatyki i 2 godziny w parku wodnym. Pojechaliśmy do Zielonej Góry odwiedzić Milenę, to tylko 210 kilometrów, ale jedzie się średnio 4 godziny. Ale jak widzę teraz tak w całej Polsce się jeździ, niby drogi robią na EURO2012, ale zostało tak niewiele czasu, powinno być juz gotowe. Lubię jeździć przez centra miast niż obwodnicą i tak też zrobiłem w Świebodzinie i “dzięki Bogu”, bo natknęliśmy się na ssłynną już statuę Jezusa. A ja jak zwykle nie skojarzyłem, że to ten Świebodzin, wydawało mi się to miejsce na tyle abstrakcyjne, że nie możliwe do odwiedzenia. Elwira i Leonard weszli na postument, a ja zrobiłem im zdjęcie. Kiedy wrócili nadciągnęły ciemne chmury. Mieliśmy już odjeżdżać, ale pomyślałem, że przydałby się jeszcze kubeczek ze sklepu z pamiątkami. Wróciłem, żeby go kupić, aż tu nagle, jakieś 50 metrów dalej, uderzył piorun. Myślałem że to nie możliwe, bo “Chrystus” ma na rękach piorunochrony, więc powinny zbierać pioruny, ale natura wie lepiej gdzie “walnąć”. Gdybym nie widział, nie uwierzyłbym. W podskokach wróciłem do samochodu. Potem przyszła taka ulewa, że i tak nie dało się jechać. Trzeba było przeczekać. Okazało się, że pawilonik z pamiątkami jest blaszany i pani boi się tak pracować.
W Zielonej Górze aquapark jest rewelacyjny. Już wcześniej słyszałem, że jeden z ładniejszych w Europie i faktycznie takich atrakcji nigdy wcześniej nie widziałem. Choć cały obiekt nie wydaje się dużo większy niż pilski przybytek, to udało tu się wspaniale rozmieśić dużą ilość różnorodnych atrakcji. Oczywiście jest basen pływacki na osiem torów; kula wodna – to tak jakby nadmuchane gigantyczne pół piłki plażowej, na którą się wchodzi, odbija, spada do wody; ścianka wspinaczkowa – każdy jak chce może się powspinać, bez zabezpieczeń, bo i tak spada do wody; lejek – jedzie się ślizgiem, nabiera prędkości i wpada do lejka w którym się wiruje i wpada do wody; dwa duże ślizgi – dużo większe i bardzo szybkie w porównaniu z tymi w Pile; ślizg falowany – dwie bardzo szerokie ścieżki ślizgu, który jest prosty, ale ma kilka górek; parę innych ślizgów; fala morska – oddzielny basenik z falami; kaskady; różne masaże; kilka większych jacuzi; brodzik i może coś jeszcze, na co nie zwróciłem uwagi. Przy każdym wymienianym elemencie chciałem napisać “rewelacyjna zabawa”, ale to pasuje do wszystkich, więc można określić tak całość. Co ważne, ceny są bardzo przystępne, bo za 2 godziny płaci się 12 zł, w weekend 15, dla dzieci jeszcze mniej. Pławiliśmy się tak długo, że nie zdążyliśmy zwiedzić miasta, ale jedno wiemy, trzeba tam kiedyś wrócić.