Minął kolejny Nowy Rok, znowu przez pierwszy miesiąc będziemy się mylić wpisując w datach 2010, potem z irytacją będziemy stwierdzać, że siła przyzwyczajenia robi swoje. Zapiszę sprawozdanie z paru ostatnich tygodni. Wigilię, jak zazwyczaj, zostaliśmy zaproszeni do mamy. I bardzo dobrze, bo nie musimy kupować tony jedzenia i męczyć się w kuchni. Zrobiliśmy z Elvirą tylko śledzia w szubie. Chociaż Elvira robiła jeszcze torcik i piernikowy domek. Biorąc pod uwagę, że często nie mam za co kupić porządnego jadła lub wogóle żadnego, to mieliśmy nie lada wyżerkę, a post prawie w całości został zachowany ze względów ekonomicznych. Dzieci wyuczyły się grać kolędy na syntezatorze i uwielbiają je śpiewać. Kiedy jedziemy samochodem (a popsuło mi się radio), to udaje, że włączam radio, a dzieci udają, że w radio grają kolędy i sami śpiewają bez końca… Dziękuję mamie i Tomkowi za te Święta!

30 grudnia byłem jeszcze na wernisażu “Salon Pilski ART 2010″ w pilskim BWA. Jak to wogóle było, zadzwonili dużo wcześniej pytając, czy wezmę udział w wystawie – pewnie że chciałem, ale nie wiedziałem jaką pracę pokazać. Chciałem zrobić jakąś zapierającą dech w piersiach fotografię. Do pierwszych prób zaprosiłem Mynię (moją kuzynkę – no, fajna laska). Nie wyszło tak jak bym chciał, zrobiło się ciemno i zimno, trzeba było się ewakuować. Kolejnych prób niestety nie było. W międzyczasie natchnęło mnie, aby zrobić serię fotografii Piły, jako że wieczorami mam więcej czasu, to zrobiłem trochę zdjęć nocnych. Zaproponowałem też w BWA, że pokaże moje filmy, kilka ich powstało w ciągu tego roku, ale nie było już czasu, żeby wieszać tam telewizor. Wybrałem jedno z nocnych zdjęć, bo pieniędzy starczało mi tylko na jedną odbitkę. Cóż pomyślałem, symbolicznie, ale zawsze. Dziś zauważyłem, że znalazłem się na fotografii w artykule w Tygodniku Pilskim, jak miło.

Sylwester to dla Rosjan swoista “Wigilia”. Władze sowieckie przeniosły na ten dzień Dziadka Mroza i Śnieżynkę, choinkę i prezenty – było to spowodowane względami ideologicznymi, ale tak już pozostało. My świętujemy Nowy Rok według rosyjskiej tradycji – choć dużo mniej gotujemy i jest dość skromnie, to jednak “prazdnik” jest. Namówiłem Elvirę i dzieci, aby wybrać się na Plac Staszica, koncerty nie wiele nas jednak interesowały, więc przyjechaliśmy jakieś 30 minut przed godziną XII. W tym roku plac był ogrodzony i pilnowano, aby nie wnoszono alkoholu, huliganów wyprowadzano, to dobrze, bo trzeba ludzi nauczyć się bawić z kulturą. My odeszliśmy na bok, aby o północy otworzyć jednak butelkę szampana. Z boku też było dobre miejsce na zrobienie fotografii fajerwerków. Wyszło kilka świetnych zdjęć. Tak o to rodzinnie i twórczo rozpocząłem rok 2011.

Nigdy nie składałem obietnic z okazji nowego roku i dalej nie mam takiego zamiaru, ale spróbuję go jakoś podsumować. Na samym początku roku dostałem dotację i założyłem działalność, kupiłem cudowną kamerę Panasonica, nawiązałem współpracę z Astą, poznałem Jacka Tobolskiego, kupiłem wymarzony aparat Canona 550d, moja żona założyła działalność bez dotacji, z niewielką pożyczką i latem szło jej bardzo fajnie, mama wyszła zamąż i zmieniła nazwisko, dzieci coraz lepiej czują się w szkole i przedszkolu, więc sporo dobrego się zdarzyło.
Niestety zdarzyło się też złe: Elvira coraz słabiej słyszy, nijak nie możemy wyleczyć tych uszu, pewnie będzie potrzebny aparat słuchowy, ale trzeba poradzić coś na ciągłe zapalenia uszu. Przeszła nam też koło nosa nieruchomość – dom, który sprzedał wujek komuś obcemu, bo w nas nie wierzył (że damy radę spłacić), szkoda.